Sen 17/18.08.2026 "Wakejszyns"

 W tym śnie, byłam chyba sporo młodsza. Pojechałam z Mamą na wakacje nad morze - do jakichś małych domków w lesie. Strasznie się z nią o coś pokłóciłam, przestałyśmy się do siebie odzywać i stwierdziłam, że w takim razie, resztę pobytu spędzę w opuszczonych barakowozach na uboczu terenu ośrodka.

Uznałam, że te barakowozy są całkiem przytulne i wygodnie usadowiłam się na podłodze jednego z nich, po czym... zaczęłam przeglądać TikToka. Oglądałam jakieś rolki dotyczące pozyskiwania niewielkich ilości różnych surowców z natury. W związku z tym, postanowiłam przejść się głębiej w zalesiony teren i poszukać "kamiennej kory". Zabrałam ze sobą starą, pogiętą foliówkę i metalowy skrobak. Nim znalazłam właściwe drzewo, minęła dłuższa chwila, ale wreszcie mogłam przystąpić do działania. Zajęłam się odrywaniem kory z pnia sosny, tuż przy ziemi, a potem odrobinę wyżej. Wpadające do plastikowej reklamówki kawałki były całkowicie czarne i uderzając o siebie, pobrzękiwały niczym prawdziwe kamienie. 

Gdy całkiem szeroki pierścień pnia był już praktycznie nagi, należało to miejsce pogładzić obydwoma dłońmi w ramach podziękowania drzewu za dary. Jednocześnie, w jakiś sposób ten gest miał zapewniać roślinie ochronę.

Kilka kroków dalej, stał na ziemi zrobiony z szarego kamienia, dziwaczny młynek do kory - dla podobnych mi zbieraczy. Przypominał ogromne koło garncarskie i musiałam porządnie się natrudzić, by wprawić go w ruch i zmielić na proch swoje zbiory. Całą korę przerobiłam na pylistą, mączną substancję, którą  zebrałam do tej samej foliowej torebki. Zadowolona z siebie, zaniosłam to do baraku i położyłam na swojej walizce.

Następnie udałam się na polodowcowe pagórki, bo akurat była tam wystawa jakichś abstrakcyjnych, surowych rzeźb, stworzonych ze srebrzystego metalu i kamienia. Tam, naszła mnie wena by zmienić swoją powłokę cielesną. Wypowiedziałam ciche zaklęcie w starohebrajskim języku i przeistoczyłam się w młodego mężczyznę koreańskiego lub japońskiego pochodzenia. Jako ten facet, sylwetkę miałam (miałem?) skrajnie leptosomiczną, skórę idealnie białą a włosy długawe, obcięte w stylu gwiazd k-popu i głęboko czarne. Nosiłam (nosiłem?) białą żonobijkę, czarną, skórzaną kurtkę ze srebrnymi ćwiekami i również skórzane spodnie do kompletu. Aby dopełnić całości, brakowało mi tylko drogich, niszowych perfum, bo tych z jakichś przyczyn nie mogłam (mogłem?) sobie wyczarować, więc uznałam (uznałem?), że spoko będzie udać się do najbliższego super drogiego centrum modowego i jakieś kupić. I tak też uczyniłam (uczyniłem?).

Weszłam (wszedłem?) do jednego z fancy butików i zaczęłam (zacząłem?) wąchać i oglądać perfumy. Podeszła do mnie niska, gruba pani z obsługi. Miała okrągłą, pomarańczową twarz i dwie wielkie kurzajki - jedna usadowiona nad lewą brwią, a druga dumnie zakwitała na prawej bruździe nosowo-wargowej. Do tego tłuste, zaczesane w gładki kucyk włosiska w kolorze rosołu.

Natychmiast oskarżyła mnie o złodziejstwo. Wystarczającym powodem do takich oskarżeń, według niej było to, że zaczęłam (zacząłem?) od wąchania perfum, a nie od oglądania ubrań. Tłumaczenie, że nie kradnę i chcę po prostu coś kupić i normalnie zapłacić  nie miało znaczenia. Kobieta wezwała ochronę i zostałam (zostałem?) wyrzucona (wyrzucony?) ze sklepu.

Nie mogąc nic na to poradzić, otrzepałam (otrzepałem?) kurteczkę i poszłam (poszedłem?) do jakiegoś zadymionego, piwnicznego klubu na techno imprezę.


Sen 17/18.03.2026 "Zupełnie zwyczajny dzień w Warszawie"

Przemierzałam ulice Warszawy, jednak w moich snach nie przypomina ona tej prawdziwej, którą wszyscy znamy. Mój mózg stworzył sobie własną Warszawę - z innymi dzielnicami, rozkładem ulic i w ogóle większością elementów.

Snułam się więc, dreptałam po chodniku - w losowym kierunku, pozornie bez celu, częściowo głucha i ślepa na otaczający mnie świat. Jednakże cel tej przechadzki oczywiście istniał, tylko chyba nie byłam go świadoma. Wiedziona poczuciem nieokreślonej tęsknoty, przesiąknięta pustką - gapiłam się tępym wzrokiem przed siebie, widząc i niewidząc zarazem.
Natknęłam się na trzy osoby - Siostrę M∴W∴, a także Brata K∴K∴ oraz Brata A∴S∴. Wszystkich nas uradowało to przypadkowe spotkanie i po krótkim przywitaniu zapytałam - Idziemy tam?
Oni zaś w milczeniu skinęli głowami i ruszyliśmy w kierunku czegoś, co wyglądało trochę jak opustoszała, lekko zapuszczona przychodnia lekarska z PRL-u. Po drodze wywiązała się między nami krótka rozmowa, o tym, co skrywa pewien gabinet, do którego zmierzaliśmy.

~~O~~

Pomieszczenie zwane gabinetem miało raczej niewielki metraż, za to było tam całkiem wysoko. Ściany pomalowane wyblakłą, żółtą farbą, od lat prosiły się o odmalowanie, ale najwyraźniej nikomu nie zależało na tym, by cokolwiek w tym miejscu odnawiać. 
Za biurkiem ze sklejki siedział Personal Jesus i rozmawiał z kilkoma pacjentami na raz. Na widok mnie i mojego towarzystwa, przywitał się uprzejmie, powiedział, abyśmy rozsiedli się jak nam wygodnie i słuchali.
Brat K∴K∴ przycupnął na prostym, skromnym krzesełku, Siostra M∴W∴ niemal zapadła się w czeluści starego, zakurzonego fotela, obitego jakimś ciemnym, mechatym materiałem. Ja wlazłam na górę pryczy i wygodnie ułożyłam się w idealnie bialutkiej, szpitalnej pościeli, natomiast dolne piętro tego prymitywnego łóżka zostało dla Brata A∴S∴.

W czwórkę, z zaciekawieniem przysłuchiwaliśmy się słowom pacjentów, a raczej temu jak opowiadali o swoich kiepskich warunkach życia, nieustających dolegliwościach fizycznych i ogólnych trudnościach z prawidłowym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Tymczasem Personal Jesus sporządzał notatki na papierze i wystawiał im przedziwne recepty - takie, na których napisane było jak pacjenci mają żyć.

Po zakończonych wizytach ewidentnie cierpiących ludzi, ja i moje zacne towarzystwo podziękowaliśmy Personal Jesusowi za możliwość słuchania i obserwacji interesujących przypadków klinicznych. Kiedy z "rodzeństwem" byliśmy już poza gabinetem, powiedziałam im - A wiecie, że on [Personal Jesus] po godzinach podobno pracuje w cukierni? Robi ciastka, czy coś. Idziemy sprawdzić?

~~O~~

Całą czwórką, znaleźliśmy się na wąskiej, ciasnej uliczce. Staraliśmy się zachowywać najbardziej naturalnie, jak tylko się da - jednocześnie, ukradkiem zerkając w otwarte okienko cukierni. Co chwilę podchodzili tam jacyś ludzie, by kupić sobie na wynos to niewielką babeczkę, to znów pączka, czy jakąś inną cynamonkę. I wreszcie na chwilę pojawił się Personal Jesus - dosłownie nam mignął, w pośpiechu przenosząc maleńki, śmietankowy torcik ozdobiony truskawkami.
- Patrzcie, to jednak prawda - wyszeptałam zadowolona.
- Nooooooo! - odpowiedzieli zgodnie.

Przeszliśmy razem jeszcze kawałek, po czym oznajmiłam im, że mam jeszcze kilka spraw do ogarnięcia i muszę zmykać. Pożegnaliśmy się miło i ruszyłam w swoją stronę. 

~~O~~

Znalazłam się w Urzędzie Stanu Cywilnego - jednak tamtejsze wnętrza przypominały bardzo skromnie urządzony obszar o charakterze biurowym. Wędrowałam korytarzami, przechodziłam do kolejnych pomieszczeń, a czasem tylko otwierałam i zamykałam drzwi.

W pewnej chwili, po otwarciu kolejnych drzwi - moim oczom ukazały się dwie, wyraźnie zaniepokojone panny młode. Wysokie, z wyraźną nadwagą, jednak ciągle na swój sposób piękne. Jedna z nich nieco przypominała youtuberkę Prostrację - miała niemal identyczną twarz, kolor włosów, fryzurę i fantazyjny makijaż. Druga, była jej bardziej naturalną, "basicową" wersją. Następnie, zobaczyłam niewielką grupkę ich znajomych, od których dowiedziałam się, że świadek niebieskowłosej dziewczyny nie przyszedł, od godziny nie odbierał telefonów i w dodatku, bez niego ślub był niemożliwy. Szkoda mi było tej młodej kobiety - że w tak istotnym dniu, została wystawiona przez ważną dla niej osobę. 

Przez krótką chwilę, całe to ślubne towarzystwo naradzało się między sobą, szepcząc niewyraźnie i co chwilę zerkając w moją stronę. Wreszcie, zostałam powiadomiona przez kogoś z zebranych (nie pamiętam nawet, czy to mężczyzna czy kobieta), że proszą mnie, bym została świadkową. Dowiedziałam się, że wiedzą, że widzą mnie prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, że wiedzą (jak?!), że nie zależy mi na późniejszym utrzymywaniu z nimi kontaktu, a mimo to, bardzo mnie proszą, bym przyjęła dzisiaj rolę świadkowej. 

Zgodziłam się. 

Ceremonia odbyła się ekstremalnie szybko, a potem... wszyscy ruszyliśmy w miasto, gdzie nogi poniosą. Zorientowałam się, że paradowałam w jakiejś zwiewnej, wróżkowej sukience, co średnio mi odpowiadało, gdyż nie lubię takich ubrań. 
Nikt z weselników specjalnie nie zwracał na mnie uwagi, oddalaliśmy się coraz bardziej, aż całkowicie zniknęli mi z pola widzenia. Z naturalną dla mnie obojętnością, postanowiłam udać się do teatru.

Salę teatralną spowijała ciemność, ledwie rozpraszana przez blednące światła, w odcieniach żółci i niebieskiego. Zamiast sceny, oczom nielicznych obserwatorów - jawił się dość duży basen, najprawdopodobniej bez dna. Spokojnie - niemal, jakby dopadła je senność - pływały w nim aktorki, odziane w takie same wróżkowe sukienki, jak moja. 
Ludzie z widowni, coraz częściej zerkali wymownie w moim kierunku, jakby ich zamiarem było wywarcie na mnie jakiejś presji. Jakby chcieli w ten niemy sposób nakłonić mnie do wejścia do basenu.

Nic sobie nie robiąc z oczekiwań widowni, przysiadłam na kamiennym brzegu basenu i z obojętnością przyglądałam się przedziwnemu "spektaklowi".

Sen 11.02.2025 "Połączenie oczno - gardłowe"

 Obgryzałam obrąbek plastikowego korka od butli z jakąś wodą mineralną. Nagle okazało się, że obrąbek tak naprawdę był zrobiony z metalu, a w środku znajdował się kamień, przypominający ostrzałkę. Po nagryzieniu - spiłował mi boki górnych siekaczy, konkretnie "dwójek". 

- Co to się stanęło się? - z miną zdziwionego Pikachu, odwróciłam się do Jaśnie Pani Matki, szczerząc przy tym uszkodzone zębiska.

- Nienormalna jesteś - odpowiedziała Jaśnie Pani Matka, wyraźnie zdegustowana poziomem mojej głupoty.

Chwyciłam więc podręczne, pudrowo różowe lusterko w kształcie serduszka i rozdziawiłam paszczę, by zobaczyć, co zostało z moich zębisk. Nie wyglądało to zbyt ciekawie, toteż czym prędzej postanowiłam się udać do jakiegokolwiek stomatologa, który byłby łaskaw naprawić moje "dwójki".

~~~

Znalazłam się w gabinecie stomatologicznym (często chadzam do tego właśnie w moich snach, a dodam jeszcze, że w życiu realnym on nie istnieje). Pani stomatolog zażyczyła sobie, bym jej pokazała zawartość otworu gębowego, co też uczyniłam - choć bezwstydnie, to i niechętnie zarazem.

W tym momencie, widziałam wnętrze swojej paszczy tak, jakby oczyma lekarza dentysty. Po chwili, wszystkie moje zęby zaczęły samoistnie wypadać - bez bólu i bez krwi, pozostawiając po sobie jedynie puste, wygojone już dziąsła, jakby nigdy wcześniej z nich nic nie wyrastało. Zęby lawinowo wpadały do moich dłoni, złączonych w "miseczkę". Ślepia miałam szeroko otwarte z przerażenia i gapiłam się to na dentystkę, to znów na Jaśnie Panią Matkę.

- Coś z tym trzeba zrobić, ja tak nie wyjdę do ludzi - sepleniłam. - Jakąś protezkę potrzebuję na cito, no coś, cokolwiek...

Dentystka, wyraźnie zrezygnowana tylko pokręciła głową. Zadzwoniła po lekarzy, którzy mieli przyjść z wynikami moich starych badań. Następnie zwróciła się do mnie i powiedziała - Patrz uważnie - jednocześnie podając mi lusterko.

No i zobaczyłam, mój migdałek podniebienny zrośnięty z nasadą języka. Zrost był owrzodzony i pokryty sinymi, przypominającymi jagody guzami, ale w ogóle niebolesny.

- To jest rak. Trzeba będzie wyciąć - oznajmiła.

- No ok, jak trzeba, to trzeba. Wycinajcie ile chcecie - wzruszyłam ramionami.

- Jest jeszcze coś - odpowiedziała, wyraźnie zmartwiona. - To jest [tu padła nazwa mojego raka, brzmiąca jakby po łacinie, ale słowo daję - czegoś takiego nie ma w życiu realnym]. Trzeba będzie wyciąć również prawe oko. Już masz tam przerzuty. Dwie plamy. Odblaskowe. 

W tym momencie, Jaśnie Pani Matka dosłownie się rozpłakała, nie chcąc, bym traciła prawe oko. Mnie też wyjątkowo nie w smak było zostać osobą częściowo pozbawioną wzroku, więc pytałam:

- A nie można wyciąć tylko tego z migdałkiem? Oko zostawcie w spokoju.

- Ale to jest połączone. Poza tym, nawet jak jakimś cudem oszczędzimy oko, to i tak na nie oślepniesz prędzej, czy później. I przerzuty nowe się pojawią, więc umrzesz. A tak, to przynajmniej masz szanse na przeżycie.

- To ja w takim razie podziękuję. Czuję się bardzo związana z moim okiem i chciałabym umrzeć mając je na właściwym miejscu. W tej sytuacji, poproszę tylko o protezkę zębów, a z leczenia rezygnuję.

~~~

Byłam w domu, na tarasie. Siedziałam wygodnie na wielkim, starym, bujanym fotelu, zawinięta w miękki, zgniłozielony koc. Wpatrywałam się w pochmurne niebo, naprzemiennie zamykając raz lewe, raz prawe oko. Faktycznie - tym drugim, wszystko widziałam w wyblakłych barwach. Po woli sączyłam swoją dziwną herbatkę, ze spokojem czekając na śmierć. Im bardziej wypłowiałe kolory - tym bliżej było mojego końca.

Kilka słów na (oby) dobry początek

 Witajcie!

Postanowiłam stworzyć "miejsce", w którym będę spisywać swoje sny. Znacie naturę tego, co lubią wytwarzać ludzkie mózgi, kiedy śpimy. Dobrze wiecie, że to wszystko potrafi być niespójne i pozbawione wszelkiej logiki. Z tego powodu może się zdarzyć, że przedstawione tutaj wpisy będą co najmniej dziwne - nie tylko pod względem treści, ale i formy.

Muszę również przyznać, że choć cierpię z powodu deficytu snu w życiu, to... gdy zasypiam nawet na krótką chwilę, przeważnie coś się roi w mojej i tak już silnie przebodźcowanej głowie. Czasami (a może nawet często?) udaje mi się te "historie" zachować w pamięci.

Jednocześnie uczciwie informuję, że będę się tu pojawiać nieregularnie - głównie wtedy, gdy uznam, że dany sen jest warty opisania i znajdę czas, by nadać mu znośną do przeczytania formę. Sporadycznie mogą pojawiać się też opisy snów sprzed lat.

Także ten... Do następnego, do kiedyś!