Sen 17/18.03.2026 "Zupełnie zwyczajny dzień w Warszawie"

Przemierzałam ulice Warszawy, jednak w moich snach nie przypomina ona tej prawdziwej, którą wszyscy znamy. Mój mózg stworzył sobie własną Warszawę - z innymi dzielnicami, rozkładem ulic i w ogóle większością elementów.

Snułam się więc, dreptałam po chodniku - w losowym kierunku, pozornie bez celu, częściowo głucha i ślepa na otaczający mnie świat. Jednakże cel tej przechadzki oczywiście istniał, tylko chyba nie byłam go świadoma. Wiedziona poczuciem nieokreślonej tęsknoty, przesiąknięta pustką - gapiłam się tępym wzrokiem przed siebie, widząc i niewidząc zarazem.
Natknęłam się na trzy osoby - Siostrę M∴W∴, a także Brata K∴K∴ oraz Brata A∴S∴. Wszystkich nas uradowało to przypadkowe spotkanie i po krótkim przywitaniu zapytałam - Idziemy tam?
Oni zaś w milczeniu skinęli głowami i ruszyliśmy w kierunku czegoś, co wyglądało trochę jak opustoszała, lekko zapuszczona przychodnia lekarska z PRL-u. Po drodze wywiązała się między nami krótka rozmowa, o tym, co skrywa pewien gabinet, do którego zmierzaliśmy.

~~O~~

Pomieszczenie zwane gabinetem miało raczej niewielki metraż, za to było tam całkiem wysoko. Ściany pomalowane wyblakłą, żółtą farbą, od lat prosiły się o odmalowanie, ale najwyraźniej nikomu nie zależało na tym, by cokolwiek w tym miejscu odnawiać. 
Za biurkiem ze sklejki siedział Personal Jesus i rozmawiał z kilkoma pacjentami na raz. Na widok mnie i mojego towarzystwa, przywitał się uprzejmie, powiedział, abyśmy rozsiedli się jak nam wygodnie i słuchali.
Brat K∴K∴ przycupnął na prostym, skromnym krzesełku, Siostra M∴W∴ niemal zapadła się w czeluści starego, zakurzonego fotela, obitego jakimś ciemnym, mechatym materiałem. Ja wlazłam na górę pryczy i wygodnie ułożyłam się w idealnie bialutkiej, szpitalnej pościeli, natomiast dolne piętro tego prymitywnego łóżka zostało dla Brata A∴S∴.

W czwórkę, z zaciekawieniem przysłuchiwaliśmy się słowom pacjentów, a raczej temu jak opowiadali o swoich kiepskich warunkach życia, nieustających dolegliwościach fizycznych i ogólnych trudnościach z prawidłowym funkcjonowaniem w społeczeństwie. Tymczasem Personal Jesus sporządzał notatki na papierze i wystawiał im przedziwne recepty - takie, na których napisane było jak pacjenci mają żyć.

Po zakończonych wizytach ewidentnie cierpiących ludzi, ja i moje zacne towarzystwo podziękowaliśmy Personal Jesusowi za możliwość słuchania i obserwacji interesujących przypadków klinicznych. Kiedy z "rodzeństwem" byliśmy już poza gabinetem, powiedziałam im - A wiecie, że on [Personal Jesus] po godzinach podobno pracuje w cukierni? Robi ciastka, czy coś. Idziemy sprawdzić?

~~O~~

Całą czwórką, znaleźliśmy się na wąskiej, ciasnej uliczce. Staraliśmy się zachowywać najbardziej naturalnie, jak tylko się da - jednocześnie, ukradkiem zerkając w otwarte okienko cukierni. Co chwilę podchodzili tam jacyś ludzie, by kupić sobie na wynos to niewielką babeczkę, to znów pączka, czy jakąś inną cynamonkę. I wreszcie na chwilę pojawił się Personal Jesus - dosłownie nam mignął, w pośpiechu przenosząc maleńki, śmietankowy torcik ozdobiony truskawkami.
- Patrzcie, to jednak prawda - wyszeptałam zadowolona.
- Nooooooo! - odpowiedzieli zgodnie.

Przeszliśmy razem jeszcze kawałek, po czym oznajmiłam im, że mam jeszcze kilka spraw do ogarnięcia i muszę zmykać. Pożegnaliśmy się miło i ruszyłam w swoją stronę. 

~~O~~

Znalazłam się w Urzędzie Stanu Cywilnego - jednak tamtejsze wnętrza przypominały bardzo skromnie urządzony obszar o charakterze biurowym. Wędrowałam korytarzami, przechodziłam do kolejnych pomieszczeń, a czasem tylko otwierałam i zamykałam drzwi.

W pewnej chwili, po otwarciu kolejnych drzwi - moim oczom ukazały się dwie, wyraźnie zaniepokojone panny młode. Wysokie, z wyraźną nadwagą, jednak ciągle na swój sposób piękne. Jedna z nich nieco przypominała youtuberkę Prostrację - miała niemal identyczną twarz, kolor włosów, fryzurę i fantazyjny makijaż. Druga, była jej bardziej naturalną, "basicową" wersją. Następnie, zobaczyłam niewielką grupkę ich znajomych, od których dowiedziałam się, że świadek niebieskowłosej dziewczyny nie przyszedł, od godziny nie odbierał telefonów i w dodatku, bez niego ślub był niemożliwy. Szkoda mi było tej młodej kobiety - że w tak istotnym dniu, została wystawiona przez ważną dla niej osobę. 

Przez krótką chwilę, całe to ślubne towarzystwo naradzało się między sobą, szepcząc niewyraźnie i co chwilę zerkając w moją stronę. Wreszcie, zostałam powiadomiona przez kogoś z zebranych (nie pamiętam nawet, czy to mężczyzna czy kobieta), że proszą mnie, bym została świadkową. Dowiedziałam się, że wiedzą, że widzą mnie prawdopodobnie pierwszy i ostatni raz, że wiedzą (jak?!), że nie zależy mi na późniejszym utrzymywaniu z nimi kontaktu, a mimo to, bardzo mnie proszą, bym przyjęła dzisiaj rolę świadkowej. 

Zgodziłam się. 

Ceremonia odbyła się ekstremalnie szybko, a potem... wszyscy ruszyliśmy w miasto, gdzie nogi poniosą. Zorientowałam się, że paradowałam w jakiejś zwiewnej, wróżkowej sukience, co średnio mi odpowiadało, gdyż nie lubię takich ubrań. 
Nikt z weselników specjalnie nie zwracał na mnie uwagi, oddalaliśmy się coraz bardziej, aż całkowicie zniknęli mi z pola widzenia. Z naturalną dla mnie obojętnością, postanowiłam udać się do teatru.

Salę teatralną spowijała ciemność, ledwie rozpraszana przez blednące światła, w odcieniach żółci i niebieskiego. Zamiast sceny, oczom nielicznych obserwatorów - jawił się dość duży basen, najprawdopodobniej bez dna. Spokojnie - niemal, jakby dopadła je senność - pływały w nim aktorki, odziane w takie same wróżkowe sukienki, jak moja. 
Ludzie z widowni, coraz częściej zerkali wymownie w moim kierunku, jakby ich zamiarem było wywarcie na mnie jakiejś presji. Jakby chcieli w ten niemy sposób nakłonić mnie do wejścia do basenu.

Nic sobie nie robiąc z oczekiwań widowni, przysiadłam na kamiennym brzegu basenu i z obojętnością przyglądałam się przedziwnemu "spektaklowi".